Czuję, że oni zawsze są przy mnie…
Czuję, że oni zawsze są przy mnie…
Rozmawiamy z panią Aleksandrą Fedorońko-Adamczewską, wnuczką św. Szymona Fedorońki, córką Wiaczesława, bohatersko poległego żołnierza Powstania Warszawskiego i bratanicą dwóch poległych w obronie ojczyzny, powstańca i pilota RAF-u.
Lestwica: Czy pamięta Pani moment, gdy dowiedziała się, że Pani dziadek został ogłoszony świętym?
Pani Aleksandra Fedorońko - Adamczewska: Zadzwonił do mnie arcybiskup Jerzy. To jest bardzo dziwne, bo od bardzo dawna czułam, że ktoś się mną przez całe życie opiekował. Po prostu. Moje życie nie było łatwe, zdarzały się sytuacje trudne i niebezpieczne, ale zawsze wychodziłam z nich obronną ręką wyprowadzana przez kogoś, kto działał „z góry”. To nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości. Wcześniej często myślałam, że to raczej mój ojciec, a nie dziadek. Wtedy zrozumiałam, że to się nie wyklucza. Od dawna wiem, że ci, którzy odeszli z tego świata, a są to osoby, o których myślę, że mają takie zasługi u Boga, że mogą ciągle coś tu, na ziemi zrobić. Ja to zawsze czułam, od bardzo dawna. Moje odczucie się jakby domknęło. Pierwszy raz tego rodzaju poczucie miałam, kiedy wybierał się do Katynia arcybiskup Miron, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Poznaliśmy się podczas uroczystości odsłonięcia obelisku poświęconego mojej rodzinie przy katedrze św. Marii Magdaleny na Pradze. Pamiętam, że usiłowałam się wtedy do niego dodzwonić. Chciałam go zapytać o to, czy uważa za stosowne abym w tym wyjeździe delegacji towarzyszyła. W żaden sposób nie mogłam się dodzwonić. Myślałam nawet, może do niego podjadę, ale po namyśle stwierdziłam, że jednak nie wypada tak się narzucać. I nie poleciałam. Potem byłam w Katyniu z delegacją Ordynariatu wojskowego, z arcybiskupem Jerzym. I będąc tam, w katyńskim lesie, cały czas obecność dziadka przy sobie czułam. Ktoś kto tam nie był, może nie zdaje sobie sprawy z tego, co to za miejsce. Czułam, że to nie las, tylko co drzewo - to człowiek. Wiemy przecież, że prócz polskich oficerów leżą tam dziesiątki, setki, tysiące ofiar - Rosjan, Białorusinów, Gruzinów, ofiar tego szalonego systemu. I to jest coś nieprawdopodobnego. Bardzo głęboko to odczuwałam. To jedno z tych miejsc, w których byłam w życiu, które najmocniej we mnie zapadły. Nie tylko dlatego, że jest tak mocno związane z historią mojej rodziny, ale z historią. Kilka cmentarzy wojennych w życiu widziałam, ale to jest miejsce, gdzie czułam obecność dusz zamordowanych.
L.: Pani dziadek, święty Szymon Fedorońko został zidentyfikowany w grobach katyńskich. Czy udało się ekshumować jego szczątki?
Pani A. F.-A.: Dziadek dostał się do sowieckiej niewoli pod Równem. NKWD wyszukiwało wśród zatrzymanych osoby, o których sądzili, że mogą ich skaptować do swoich celów, „odwrócić”. Zawieźli dziadka na Łubiankę, gdzie zaproponowano współpracę, której stanowczo odmówił i poprosił o umożliwienie powrotu do swoich żołnierzy. Zabierając mu rzeczy osobiste wydano kwit potwierdzający listę tych przedmiotów, i na podstawie tego dokumentu szczątki dziadka zostały zidentyfikowane. Na Łubiance są jego dokumenty.
L.: Niewiele osób może o sobie powiedzieć, że pochodzi z rodziny, która składa się właściwie z samych bohaterów i męczenników mężczyzn, bohaterskich, dzielnych kobiet. Czy odczuwa Pani to jako - powiedzmy - oczywistą właściwość, którą też ma Pani w genach czy też dar, czy też patrzy Pani na to inaczej?
Pani A. F.-A.: Odczuwam to jako obowiązek bycia przyzwoitym człowiekiem. To dziedzictwo polega właśnie na tym. Absolutny obowiązek, w każdej sytuacji - mówić prawdę, niezależnie od tego, czy to się spodoba czy nie, „nie kłaniać się okolicznościom”. Nie zwracać uwagi ani na pochodzenie, ani na narodowość, ani na wyznanie, tylko na to, czy człowiek, z którym mamy do czynienia nie potrzebuje może mojej pomocy. To wpojono mi od najmłodszych lat.
Lestwica: Jak upływało Pani dzieciństwo w rodzinie bez mężczyzn? Nie było dziadka, ojca, stryjów. W tekstach, które powstały dotąd na temat Pani rodziny mało jest takich informacji, bo zazwyczaj one historykom umykają.
Pani A. F.-A.: To nie było tak, że byłam wychowywana w ich micie. Od najmłodszych lat ojciec był w naszym życiu obecny. Mam zabierała mnie i siostrę tu, na Wolę, na cmentarz, chodziła wtedy też do Cerkwi, choć sama była katoliczką, a rodzice brali dwa śluby - w dwóch warszawskich katedrach - św. Marii Magdaleny i św. Jana - w obu obrządkach. Tu, w wolskiej Cerkwi, bardzo często pod ikoną Matki Bożej stała i płakała. A potem szłyśmy na grób. I spotykała się dosyć często, z księdzem Surwiłło, który był tutaj proboszczem. Czasem też spotykała się z matuszką, panią Surwiłłową. A później, gdy ona zachorowała i bardzo cierpiała, a były to trudne lata powojenne, mama organizowała dla niej morfinę. Mama była dentystką i miała możliwość ją zdobyć. Myśmy tak często były na tym cmentarzu, że zmarły ojciec, ciągle był przy nas. W mojej małej głowie zawsze był przy mnie. Ja sama, jako nastolatka, a później już osoba młoda, ale dorosła, gdy miałam jakieś sprawy, z którymi nie umiałam sobie poradzić, przyjeżdżałam tu, na jego grób i z ojcem rozmawiałam. A im jestem starsza, tym jestem bliżej niego.
Moja mama bardzo walczyła o to, by pamięć o nich - dziadku zamordowanym w Katyniu, ojcu i dwóch stryjach - żołnierzach AK, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim, i trzecim - lotniku RAF-u - przetrwała w społeczeństwie, mimo, że w czasach stalinowskich było to prawie niemożliwe. Proszę sobie wyobrazić, że pierwsza tablica upamiętniającą ojca i ogromna uroczystość miała miejsce w kościele parafialnym w Komorowie już w 1957 roku. Pamiętam ją bardzo dobrze, bo wartę pod tą tablica trzymałam razem z moją siostrą. Obie w białych sukienkach, przepasane białe - czerwoną szarfą. Jakoś udało się nam nie zemdleć, choć uroczystość trwała ok. półtorej godziny. Czasy były takie, że proboszcz, który się na to zgodził, podejmował duże ryzyko. Tablica ta upamiętnia nie tylko ojca, ale także innych mieszkańców Komorowa, którzy walczyli i zginęli. Świadomość, że są to ludzie, o których należy zawsze pamiętać i powinni mieć miejsce historii miałam, od kiedy pamiętam.
L: Co wie Pani o swoich bliskich, jako o ludziach?
Pani A. F.-A.: Ojciec był człowiekiem niezwykle obowiązkowym. Tuż przez rozpoczęciem Powstania wynajął w Komorowie pokój przy rodzinie dla mojej mamy, która spodziewała się drugiego dziecka i mnie. Przywiózł z Warszawy meble, urządził nas i wrócił z powrotem, bo taki był rozkaz, był żołnierzem, taka była jego powinność. Moja mama przez całe życie czuła się głęboko winna temu, że nie potrafiła ojca zatrzymać, że pozwoliła mu wrócić do Warszawy. W tym poczuciu winy, gdy dowiedziała, że się, że ojciec zginął, nie chciała poznać żadnych szczegółów jego śmierci. Było to dla niej zbyt bolesne. Te informacje zdobyłam sama, już po latach, szukając ich, docierając do źródeł i świadków. Swego czasu opublikowałam w „Gazecie Wyborczej” wspomnienie o moim ojcu. Zebrałam w nim informacje, które zdobyłam o jego działalności podziemnej, oddziale, do którego należał, zadaniach, walce i okolicznościach samej śmierci.
O stryju Aleksandrze nie wiem wiele, prócz tego, że był mężczyzną niezwykle przystojnym i atrakcyjnym. Natomiast mój ojciec miał wiele pasji i szerokie zainteresowania. Pasjonowała go fotografia, miał w mieszkaniu ciemnię i sam wywoływał zdjęcia. Zdobył kamerę, co było wówczas luksusem i kręcił filmy z moją mamą i mną, od najwcześniejszego dzieciństwa. Nie ma już tych filmów, one przypadły, ale pamiętam, że je widziałam, gdy byłam nastolatką. Robił piękne portrety wszystkim znajomym. Pasją ojca był też boks. Zachował się nawet kwit za opłacony kurs w Zakładzie Gimnastycznym pana magistra Szelestowskiwgo, przy ulicy Hożej.
Jak bardzo był człowiekiem oddanym, potrafiącym kochać i kochanym opowiedział mi mój drugi dziadek, ojciec mojej mamy. Dziadek, z wykształcenia prawnik, był twardym facetem, tak dalece, że nawet na pogrzebie swojej matki nie uronił łzy, natomiast płakał rzewnymi łzami, gdy dowiedział się o śmierci mojego ojca. Wiem też, jak smutny był pogrzeb ojca. Gospodarz, u którego mieszkałyśmy zaprzągł do wozu konika i tak pojechali do zrujnowanej Warszawy w lutym 1945 roku, aby zabrać razem z jego towarzyszami broni szczątki ojca i pogrzebać je na wolskim cmentarzu. Stryj Orest został pochowany w czasie Powstania jeszcze w trumnie, to był pierwszy dzień walk, ale mój ojciec - w zwykłej skrzyni.
L.:Skąd pani czerpała tę wiedzę o bliskich?
Pani A. F.-A.: Opowiedział mi o tym naoczny świadek, kolega z jego Zgrupowania, który nie tylko widział śmierć ojca, ale także 48 godzin później zabrał jego zwłoki i pochował. Ojciec poległ w restauracji „Żywiec”, u zbiegu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej, w miejscu, gdzie stoi teraz rotunda PKO. Była to placówka niemiecka, z której ostrzeliwano całe skrzyżowanie, więc jej zdobycie było dla powstańców niezwykle ważne. W pierwszym ataku brała udział IV kompania Zgrupowania „Gurt”, pod dowództwem kapitania Poraja. Zaatakowali placówkę we czterech, biegli po schodach lokalu, a Niemcy obrzucili ich wiązką granatów. Schody zarwały się, pogrzebały trzech kolegów ojca, a on - ranny pozostał na podeście półpiętra. Ostrzeliwał się, pomimo odniesienia ran, a kiedy zabrakło mu amunicji, rozłożył swój karabin sten i rozrzucił jego elementy, aby nie dostał się w ręce wroga. Po latach udało mi się także nawiązać kontakt z przyjacielem ojca z czasów okupacji, inżynierem chemikiem Niwińskim, wielkim patriotą. W czasie wojny prowadzili wspólnie interesy, a ojciec miał przecież na utrzymaniu żonę i córkę, został głową rodziny mając 19 lat, utrzymywał też matkę i młodszego brata. Z inżynierem założyli hurtownię spirytusu, a na taki towar w każdych czasach jest zbyt. Pan inżynier produkował go, a mój ojciec zajmował się dystrybucją. Spirytus kupowali od nich też okupanci, co dało możliwość zakupu broni. Dochody z tego intratnego handlu służyły też wykupywaniu więźniów z Pawiaka. Dla siebie i brata ojciec zdobył pistolety automatyczne. Poznałam żonę tego inżyniera, która znała też babcię Wierę i stryja Oresta, bo dzięki wspólnemu biznesowi obie rodziny się zaprzyjaźniły. Od niej dowiedziałam się, jaki był wuj Orest, który w podziemnych oddziałach dywersyjnych AK pełnił funkcję likwidatora. Miał brawurowy, zadziorny charakter i świetnie się w zadaniach wymagających wyobraźni i odwagi sprawdzał. Rzadko nocował w domu, hitlerowcy dosłownie deptali mu po piętach i gdyby nie wybuchło Powstanie musiałby wycofać się z Warszawy do oddziałów partyzanckich. Jego umiejętności, także strzeleckie, sprawiły, że był w oddziale ochrony generała Bora Komorowskiego na ul. Jasnej i tam zginął o godz. 18 już 1 sierpnia, tuż po wybuchu Powstania.
L.: Czy babcia Wiera, wdowa po zamordowanym w Katyniu świętym Szymonie, uczestniczyła w Pani wychowaniu?
Pani A. F.-A.: Babcia Wiera była osobą złamaną przez życie. Zbyt dużo ciosów otrzymała i nie podniosła się z tych tragicznych doświadczeń. Straciła męża i trzech synów. Poza tym obawiała się, że nowa powojenna władza, będzie ją prześladowała właśnie z ich powodu. Nie wiadomo co by działo, ale, dowiedziałam się o tym po latach, że to prawosławny metropolita pomógł jej z Polski się wydostać. Wiedziała, że Józef, brat stryjeczny dziadka, kapłan prawosławny, mieszka w Stanach Zjednoczonych, bo przed wojną wielu księży z Polski pełniło tam i w Kanadzie służbę. Chciała udać się tam, gdzie mogła czuć się bezpiecznie. Zamieszkała z jego rodziną, a potem, opiekowała się nim gdy był już chory, aż do jego śmierci. Bardzo wspierała moją mamę przysyłając z USA pieniądze i paczki. Po jego śmierci wróciła do Polski, już jako osoba bardzo wiekowa. Nie wyzbyła się do końca lęków i pamiętam ją jako kruchą zalęknioną staruszkę, która nikomu nie ufała. Nie udało mi się nawiązać z nią bliższej relacji. Nie chciała z nami zamieszkać, ale regularnie ją odwiedzałam, namawiana zresztą przez moją drugą babcię, bardzo serdeczną i ciepłą osobę, lwowiankę, która mówiła: jedź do niej, ona jest taka samotna. Babcia Wiera nie zawsze sobie tego życzyła, ale moja druga babcia mnie, młodej niedoświadczonej osobie tłumaczyła: Musisz jej wszystko wybaczyć, ona tyle przeszła. To była dla mnie ważna lekcja.
L.: Czy ma Pani jakąś pamiątkę rodzinną, która jest szczególnie bliska Pani sercu?
Pani A. F.-A.: Mam. To jest bilet EKD, poprzedniczki WKD, miesięczny, który ojciec kupił, gdy wyprowadził swoją rodzinę z Warszawy do Komorowa, przed Powstaniem. Z takim biletem było mu wygodnie podróżować, bo wracał do miasta bez przerwy, pracował, miał sprawy wojskowe, odwiedzał matkę. Jego ważność upływała 18 sierpnia, a tego właśnie dnia ojciec zginął. Miał go ze sobą w chwili śmierci. Bilet ten, w odruchu serca przekazałam do zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego, gdy powstawało. Ale mam zamiar zabrać go stamtąd, bo chciałabym być z nim pochowana.
L. Dziękujemy pięknie za rozmowę. Miejmy nadzieję, że przyczyni się ona do tego, aby pamięć o bohaterach żyła w kolejnym pokoleniu.
Rozmawiała: Dorota Maj